Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palcem po mapie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palcem po mapie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2015

Palcem po mapie: Ostróda, Trattoria La Riva

Krótki wypad na weekend do Ostródy skończył się dla mnie przymusowym aresztem domowym i przeziębieniem... Ale powoli wracam do siebie i staram się nadrobić zaległości. Dziś zatem krótki raport ;)

Trattoria La Riva to restauracja, która znajduje się w hotelu Willa Port, położonym nad samym brzegiem jeziora.
Jak czytamy, zarówno w menu, jak i na jej stronie internetowej, restauracja została wyróżniona w przewodniku Magdy Gessler i Newsweek „101 najlepszych restauracji i hoteli w Polsce”.

Restauracja urządzona w bardzo ciekawym klimacie - ogromnym plusem są duże akwaria umieszczone w ścianach dzielących 2 sale.
Serwowane są tu dania kuchni włoskiej.

Wybraliśmy się do restauracji we czwórkę (a w zasadzie szóstkę, jeśli liczyć dzieci ;)), więc i paru rzeczy udało nam się spróbować.

Przystawki 
Caprese z mozarellą, pomidorami i bazylią - sałatka jak sałatka, pomidorki koktajlowe, małe kulki mozarelli, sos balsamiczny - dobra, ale bardzo niewielka porcja; koszt: 26 zł 

Rumiane pierożki z gęsiną podane z bukietem sałat i aromatycznym sosem truflowym - pierożki przepyszne! Chyba jedno z lepszych dań, które próbowaliśmy, więc z czystym sumieniem polecam; koszt: 26 zł

Sałatki
Sałata Devil – zielone sałaty z chrupiącymi warzywami z listkami prażonego czosnku i polędwicą wołową - przepysznie cudowna i chrupiąca polędwica wołowa, ale ilość papryki trochę nas zmiotła; koszt: 43 zł

Zupy
Krem pomidorowy - zupa dobra, ale tylko dobra. Najlepszą zupę pomidorową póki co jedliśmy u znajomej, z którą byliśmy, więc nasz punkt widzenia równa wszystko do tego poziomu. I w większości przypadków pozycje restauracyjne przegrywają ;); koszt: 19 zł 

Wyśmienita zupa rybna na pomidorach z sandaczem, łososiem i mięsem raka - nie próbowałam, ale podobno była poprawna. Jeden z zarzutów dotyczył tego, że była niedoprawiona (zresztą nie był to jedyna niedoprawiona rzecz, której próbowaliśmy ;)); koszt: 34 zł

Zupa z soczewicy - mam wrażenie, że soczewica była tylko w nazwie, bo zupa była tak mocno pomidorowa, że gdybyśmy nie wiedzieli, co zamówiliśmy, to pomyślelibyśmy, że to pomidorowa

Makarony
Tagiattelle z borowikami i wędzoną kaczką - tak samo jak w przypadku zupy rybnej - kompletnie niedoprawione danie. Aż dziw bierze, bo i wędzona kaczka i borowiki powinny nadawać cudowny aromat daniu, a tego jednak zabrakło; koszt: 29 zł

Lasagne - dobre, ale... mam wrażenie, że było w nim mało, jak na tę potrawę, mięsa. No chyba, że było za dużo makaronu? ;)

Spaghetti z parmezanem w delikatnym sosie pomidorowym - potrawa z karty dziecięcej, jedzącemu smakowała bardzo!

Ryby
Smażony sandacz z masłem czosnkowo-ziołowym podawany na chrupiącym groszku cukrowym - kolejna kompletnie niedoprawiona potrawa... Brak soli, brak pieprzu... Bardzo szkoda, bardzo!; koszt: 43

Smażony dorsz podawany prosto z patelni z białą kapustą z ziarnami słonecznika i podwędzanymi ziemniakami - jeśli nie liczyć pizzy (o której na końcu), to było chyba najlepsze danie, które zostało zamówione! Dorsz - przepyszny, kapusta - bardzo dobra. Jedynie po ziemniakach nie było czuć, że były wędzone, ale smak ryby sprawiał, że ten szczegół można było pominąć ;); koszt: 36 zł 

Dania mięsne 
Krwisty sycylijski burger z wołowiny podany z serem Lazur, soczystym pomidorem, rukolą, kaparami, suszonymi pomidorami, parmezanem, anchois i sosem Cesar - o ile w paru przypadkach można było powiedzieć, że potrawy są niedoprawione, to w tym przypadku przesadzono w drugą stronę. Burger był słony, podany ze słonym anchois, słonymi pomidorami suszonymi, kaparami i parmezanem... Brzmi jak za dużo soli? Tak właśnie było. Burger wysmażony bardzo dobrze, to znaczy krwisty, jak być powinien, ale całość tak słona, że w zasadzie nie do zjedzenia; koszt: 39 zł 

Kotleciki jagnięce smażone w winie i z czosnkiem, podawane z czerwoną soczewicą - kolejne danie, którego nie próbowałam... ale ponoć trzymało poziom. Mogę dodać, że osoba, która je zamówiła mogła być stronnicza, bo jest fanem kotletów jagnięcych. Ale to chyba tym bardziej dobrze świadczy o dniu? ;); koszt: 58 zł 

Chleb ciabatinni ze smażonym kurczakiem, serem cheddar, skórką pomarańczową, kolendrą i pieprzem oraz chrupiącymi sałatami - Pan Mąż każe mi napisać, że było dobre i mu smakowało. I że mogło nie być w daniu ogórka, bo go nie lubi. Skubnęłam mu trochę kurczaka z cheddarem i dla mnie było ciut za słone, ale ja nie dosalam. Ot tak, nie dosalam i już ;); koszt - 36 zł

Desery
Sernik z białą czekoladą i laską wanilii na sosie malinowym z bitą śmietaną - wahałam się między sernikiem a Creme Brulee, ale Pani z obsługi poradziła sernik. I może to bardzo nieskromne z mojej strony, ale... ja robię lepszy! Naprawdę! I ciut za mało sosu malinowego, który był pyszny!

Pizza
Pizz próbowaliśmy parę (w końcu stołowaliśmy się w Trattorii przez 3 dni ;)) i każda była wyś-mie-ni-ta! Taka, jaką lubimy: na cienkim cieście, z wyważoną liczbą składników. Po prostu cudna!
I plus dla obsługi, że pozwolili nam brać pizze pół na pół!

Pizzę mogę i będę polecać, bo zdecydowanie nam podpasowała i zdecydowanie jesteśmy w staniem tam dla pizzy wrócić.

I jeszcze jedna rzecz. Jako czekadełko są tu podawane rybki, małe rybki, które są panierowane i smażone w głębokim tłuszczu. Niestety nie pamiętam, jak się nazywają, ale również warto ich spróbować, bo są pyszne!


Trattoria La Riva
Ostróda
ul. Mickiewicza 17
tel. 48 89 642 46 36
Strona internetowa: http://willaport.pl/atrakcje-w-hotelu/gastronomia-2/

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Palcem po mapie:Warszawa, Gringo Bar

"Chciałem mieć swoje miejsce, w którym spokojnie mógłbym sobie posiedzieć, spotkać się ze znajomymi, nakarmić ich, pogadać... I tak powstał Gringo Bar." Coś sprawiło, że to zdanie, wyczytane w weekendowym wydaniu portalu gazeta.pl przykuło uwagę PanaMęża.
No to poszliśmy. Dopiero po wizycie, dzięki KukBukowi, dowiedziałam się, zę to zdanie wypowiedziane przez Macieja Bilkę, czyli "Bilona". Każdy, kto słucha hip-hopu i/lub kojarzy Hemp-Gru wie o kim mowa.
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://kukbuk.com.pl/miejsca/1510,gringo-bar

Zostałam więc wyciągnięta do Gringo Baru parę dni temu i... było ostro! Ale po kolei...

Gringo mieści się na Mokotowie, na parterze jednej z mokotowskich kamienic, przy jednej z wąskich uliczek. Przygotujcie się więc na problem z miejscami do parkowania, jeśli planujecie się tam udać samochodem.
Wnętrze jest maluteńkie - 2 długie stoły z miejscami do siedzenia dla około 10 osób. Na stołach dzbanki z wodą i miętą i papierowe kubki. Się ludzie częstują!
Na zewnątrz 2 stoliki i parę krzeseł.
W środku meksykańskie czaszki w bandanach - w końcu o kuchnię tex-mex chodzi!

Menu raczej niewielkie, a obsługa chętnie wytłumaczy co i jak i co warto.
Ceny? Zupa - 15 zł, burrito i quesadilla - 20 zł (mała), 25 zł (duża), tacos - 25 zł za 3 sztuki.
Drogo czy niedrogo - trudno dyskutować, zwłaszcza, że właściciel i obsługa podkreślają, że za tę jakość mięsa i składników - nie da się taniej. A składniki, co możemy potwierdzić - świeże i naprawdę wysokiej jakości!

My oboje zdecydowaliśmy się na duże burrito i to  nim będzie teraz mowa.
Ja zdecydowałam się na burrito z chilli con carne, PanMąż z gringo chicken (kurczak z kukurydzą, fasolą i groszkiem). Ja z sosem łagodnym,  PanMąż ze średnim. Warto wiedzieć, że sos ostry jest ponoć naprawdę ostry - aż boję się pomyśleć jak bardzo, biorąc pod uwagę to, co my dostaliśmy ;)
Do każdej potrawy dobiera się dodatki w wersji standard, extra bądź super. My wzięliśmy wersję standard bez śmietany (a w zasadzie jogurtu ;)).

Moje chilli con carne - dobre, choć żałuję (ale to moja wina), że wzięłam z kolendrą. Zawsze zapominam, że za nią po prostu nie przepadam... No ale... Mięso - super! Przyprawione - super! No, prawie - do momentu aż nie natknęłam się w mojej porcji na ogromny kawał ostrej papryki. Jako, że moja tolerancja ostrości jest na dość niskim poziomie, choć i tak wzrosła odkąd poznałam PanaMęża, to prawie popłynęły mi łzy. Wiem - chilli, czyli powinnam być gotowa na ostrość, ale nie aż taką ;)

PanMąż w tym czasie zajadał się gringo chicken, czyli już wspomnianym farszem z kurczakiem, kukurydzą, fasolą i groszkiem, z sosem średnim. I gdyby nie ten sos średni to z miejsca bym się z nim zamieniła, bo tym razem, o dziwo, zdecydowanie bardziej mi smakowała jego wersja.

Dwie ważne rzeczy:
1. jeśli zje się całą papryczkę habanero - je się za darmo. Od razu z tego miejsca gratuluję odważnym ;)
2. w lokalu mogą się stołować wegetarianie i bezglutenowcy

Czy wrócimy? Nie wiem, być może. Ale do spróbowania - polecam.
Może w końcu suszarnie, frytkownie i burgerownie zaczną się zmieniać i będziemy mogli poznać więcej ulicznego jedzenia z innych krajów? Oby :)

Gringo Bar
Warszawa
ul. Odolańska
tel. 22 848 95 23
Strona internetowa: http://www.gringobar.pl/
 
Moje burrito z chilli con carne

poniedziałek, 3 listopada 2014

Palcem po mapie: Warszawa, La Maison Gourmand, Chłodna 15

Jak pisałam na profilu na facebooku i w jednej z poprzednich notek, dzięki Marzenie z portalu Biuro-Kreacja dostałam możliwość wzięcia udziału z otwarciu restauracji La Maison Gourmand, która mieści się na warszawskiej Woli, przy ul.Chłodnej 15.
Dzień był piekielnie zimny (choć w zasadzie jak na październik to chyba nic dziwnego? ;)), ale na szczęście atmosfera i samo miejsce skutecznie go ociepliły i, przede wszystkim, osłodziły.

La Maison jest podzielona na parę stref - niedaleko wejścia jest lodówka z dużym wyborem lodów (polecam cytrynowe! pyszne! :)), dalej długa lada z wypiekami - zarówno tymi na słodko, jak i wytrawnymi. Idąc dalej, znajdziemy część restauracyjną z dużym barem z napojami i otwartą kuchnią.
Wnętrze urzekło mnie całkowicie. Eleganckie, ale cudowne. Każda ze stref restauracji urządzona jest trochę inaczej, ale mimo to widać tu spójność. Kolorowe fotele, ciekawe rysunki pod sufitem, ciekawe tabliczki z różnymi złotymi myślami. Cudo! Cudo, które może trochę rozpraszać, ale z drugiej strony na pewno zajmie wzrok w czasie oczekiwania na posiłki.
Jedzenie? Trudno to tak do końca określić. Wynika to z tego, że przy tego typu wydarzeniach są raczej zimne płyty plus dosłownie parę dań ciepłych. Na zimno królowały francuskie wędliny, sery, śledzie - i o ile trudno ocenić walory, o tyle na tym stanowisku widać było, że obsługa nie do końca się wyrabia. Walczyli dzielnie, ale był moment, kiedy talerze były raczej puste niż pełne. Inaczej z ciepłymi daniami, których były 3 - mini szaszłyki, zraziki i zupa dyniowa. Wszystkie 3 pozycje - bardzo smaczne.
I moja ulubiona część: wypieki i lody. Lodów mnóstwo, aż nie wiadomo na co się zdecydować. Mogę z czystym sumieniem polecić gałkę cytrynową! Na długich ladach wyłożone mnóstwo babeczek, trufli, ciastek i bez. Z babeczek wyborne były babeczki kawowe, ale większość z tych, które miałam okazję próbować były przepyszne! Tak samo jak croissanty, co sprawia, że na śniadanie będę musiała wybrać się tam obowiązkowo ;)

Rzeczą, która na otwarciu lekko kulała był brak miejsc siedzących. Owszem, było ich parę, ale na tę ilość ludzi, która była obecna, to zdecydowanie na mało. No ale okazja raczej niecodzienna, więc nie ma co wybrzydzać ;)

Jeśli chcecie przeczytać relację ze śniadania prasowego, które miało miejsce w La Maison - relację Roberta znajdziecie tutaj: KLIK.

La Maison Gourmand
Warszawa
ul. Chłodna 15
tel. 22 652 36 60
godziny otwarcia:
pon-nd 8.00-23.00

A ja zapraszam do krótkiej fotorelacji :)
I do zobaczenia w La Maison - bo ja zamierzam zawitać co najmniej jeszcze raz :)
 
 
Lody! :) 

sobota, 20 września 2014

Palcem po mapie: Kazimierz Dolny

Zaraz po Lublinie i Nałęczowie przyszedł czas na relację z naszego stołowania się w Kazimierzu Dolnym.

Swoją drogą nie wiem, jak to się stało, że dotąd żadne z nas w tym urokliwym miasteczku nie było!
Trafiliśmy na cudowną pogodę - wrześniowe 22-26 stopni, słoneczko i delikatny wiatr - cudnie, po prostu cudnie! A do tego obłędne jedzenie, którego mogliśmy popróbować dzięki przewodnictwu znajomych z którymi byliśmy i którzy nas po okolicznych restauracjach oprowadzili.

Restauracja u Fryzjera, Kazimierz Dolny, ul. Witkiewicza 2
http://restauracja-ufryzjera.pl/ 
Zdjęcie pochodzi ze strony http://restauracja-ufryzjera.pl/

Jak usłyszeliśmy pytanie "A byliście u Fryzjera?", to trochę zgłupieliśmy... U fryzjerów zdarza nam się bywać (choć ja szczerze nie znoszę tego przykrego rytuału!), ale... Na szczęście okazało się, że chodzi o restaurację, która mieści się niedaleko kazimierskiego Rynku.
Z tego, co usłyszeliśmy - knajpa mieści się w tym samym miejscu, gdzie do 31 grudnia 2012 roku działała "Knajpa u Fryzjera", która spłonęła. Niestety - nie mam pojęcia, jak wyglądała tam kuchnia kiedyś, natomiast to, co zastaliśmy naprawdę nam bardzo smakowało. Restauracja serwuje dania kuchni polskiej i żydowskiej.

PanMąż na przystawkę zamówił macę serową z sosem pomidorowo-paprykowym i oliwo-czosnkowym. Macę jadał robioną przez swoją prababcię, jednak to nie była taka sama maca jak ta podana u Fryzjera, jednak bardzo mu smakowała. Jedyna rzecz, której nie polecam, to sos oliwo-czosnkowy - miałam okazję go spróbować i miałam wrażenie, że 2 dni później nadal zionę czosnkiem.
 Zdjęcie pochodzi ze strony http://restauracja-ufryzjera.pl/

Ja na pierwsze danie zamówiłam zupę gulaszową. Była dobra, treściwa i pożywna, ale nadal jestem zdania, że najlepsza gulaszową na świecie robi moja Teściowa! I tego się będę trzymać ;)

Na danie główne zdecydowałam się (po dość długim wahaniu) na kreplach. Kreplach to smażone pierogi z wołowiny podawane ze smażonymi farfelkami (żydowskimi kluseczkami, trochę jak kluseczki kładzione) i marchewką na słodko. O ile marchewka i kluseczki nie powaliły mnie, o tyle pierogi były cudownie pyszne!

Zdjęcie pochodzi ze strony http://restauracja-ufryzjera.pl/

PanMąż delektował się udźcem jagnięcym jako daniem głównym. Udziec duszony był w pomidorowym sosie z papryką, cebulą, czosnkiem i podany z kaszą kus-kus na gorącej patelni. Smakował mu bardzo. Ja podjadłam mu troszeczkę - danie było dość ostre, ale moje kubki smakowe nie lubią nadmiaru ostrości, co zresztą bywało problematyczne, jak zamieszkaliśmy ze sobą ;)


Restauracja Kuchnia i Wino, Kazimierz Dolny, Pensjonat Vincent, ul. Krakowska 11
http://www.restauracjakuchniaiwino.pl/pl/ 

Byliśmy zadowoleni z kuchni U Fryzjera, że kolejnego dnia pobytu w Kazimierzu byliśmy skłonni iść tam również. Zostaliśmy jednak namówieni na zmianę planów i bardzo dobrze się stało!

Restauracja mieści się z Pensjonacie Vincent, przy małej, urokliwej uliczce Kazimierza.


 Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.restauracjakuchniaiwino.pl/pl/ 

Rzecz warta uwagi w przypadku tej restauracji - menu zostało ułożone przez zdobywcę pierwszej w Polsce gwiazdki Michelin - Wojciecha Modesta Amaro, który wyszkolił również kucharzzy restauracji.

Ja zrezygnowałam z przystawki/zupy. PanMąż zjadł zalewajkę z ziemniaków i pora, robioną na zakwasie, podawaną z uszkami z farszem z kapusty - zupę, którą pamiętam z dzieciństwa, zupę, którą robił mój Dziadek. Ja pamiętałam ją trochę inaczej niż to, co zostało podane, ale na szczęście Mąż był zadowolony. Była ona również ciekawie podana - na stół wjechał bowiem talerz z uszkami i dopiero przy stole został zalany zupą.

Jako danie główne zjedliśmy: ja zrazy z polędwicy wołowej z kopytkami z suszonymi grzybami, zielonym groszkiem i sosem z trawy żubrowej, a PanMąż jagnięcinę na musie śliwkowym z kopytkami na maśle palonym i puree dyniowym z imbirem. Oba dania dania były dobre (choć kopytka Męża były lepsze niż moje, mój sos był specyficzny, przez co ciężko mi opisać jego smak), ale najlepsza była kacza pierś na rabarbarze z chutneyem śliwkowym i galaretką malinowo - balsamiczną. Chyba wszyscy żałowali, że nie zamówili tej kaczki ;)
Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.restauracjakuchniaiwino.pl/pl/ 

Panowie jak zwykle namówili nas na deser - był nim mus waniliowy z pudrem porzeczkowym. Wydaje mi się, że spód musu był robiony m.in z czekolady i płatków owsianych, choć nie dam sobie ręki uciąć, a nie zapytałam. Niemniej - był całkiem dobry, a ciekawostką na pewno był owy puder :)
 
Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.restauracjakuchniaiwino.pl/pl/ 


Zielona Tawerna, Kazimierz Dolny, ul. Nadwiślańska 4

Cudownie magiczne miejsce! Gałęzie drzew wchodzą do pomieszczenia przez okno, wkoło zielono, zacisznie, po prostu cudnie! Nawet nie jestem w stanie tego opisać - atmosfera starego domku na wsi, sielsko - anielsko!

Moje placki ziemniaczane ze śmietaną na przystawkę dobre, choć jak to placki - w zasadzie nie ma się czym zachwycać. Za to tagliatelle z kurkami na danie główne - wyborne! Kurki super przyrządzone, makaron al dente - aż chciało się jeść! Kurki nie były mrożone, więc dodatkowy plus za świeże produkty!

PanMąż zjadł rosół i był zachwycony makaronem - pysznym i domowym. Jako danie główne zamówił schabowego z ziemniakami i zasmażaną kapustą. Kapusta była bardzo dobra - wiem, bo sama mu ją podjadałam ;) Schabowy, który jest przez niego bardzo rzadko jadany, również zyskał dobrą opinię, to samo ziemniaki.

Wiem, że chwalony był też mielony z mizerią i sałatka z kurczakiem.

Jednego jestem pewna - jedzenie było dobre, ale jego walory dodatkowo podbiło otoczenie... Cóż, jesteśmy tylko ludźmi, aż wzrokowcami ;)


Restauracja Villa Bohema, Villa Bohema, Kazimierz Dolny, ul. Małachowskiego 12

W Villi Bohema mieliśmy przyjemność spać. Dostaliśmy pokój na drugim piętrze z przecudownym widokiem na Kazimierz - na Kościół, Zamek i na Wzgórze Trzech Krzyży.


Z rzeczy, które jedliśmy w restauracji możemy bez wątpienia polecić kotlet schabowy z kością z puree z ziemniaków i kapustą zasmażaną. Nie wiem jak schab, bo głodnemu Mężowi go nie podbierałam, ale puree i kapusta naprawdę smaczne!


Ja w tym czasie raczyłam się sandacza z czarnym ryżem (barwiony tuszem kałamarnicy) i sałatką ze świeżych warzyw. Sałatka nie była w standardzie w tym zestawie, ale przemiła Pani Kelnerka zaproponowała właśnie taką wymianę. Sandacz był przepyszny (nie wiem, czy to zasługa tego, że ostatnio mam dużą ochotę na ryby ;)), za to ryżowi trochę brakowało - nie jestem w stanie powiedzieć czego, ale czegoś mi w nim było brak.
Całość jednak - jak najbardziej na plus :)




Mam nadzieję, że uda nam się za jakiś czas wrócić do Kazimierza.
Mam nadzieję, że ponownie zjemy dużo i dobrze. Jeśli nie w miejscach, które już poznaliśmy, to w nowych, które dopiero odkryjemy.
Wiem, że na pewno wtedy wezmę ze sobą aparat i relacja będzie pełniejsza.
Ale wrócimy na pewno! :)

środa, 17 września 2014

Palcem po mapie: Lublin i Nałęczów

Jakiś czas temu pytałam Was, czy bylibyście zainteresowani czytaniem moich/naszych subiektywnych opinii o miejscach, które odwiedzamy. Odpowiedź brzmiała tak, a ja zbierałam się i zbierałam do tematu od jakiegoś czasu.No i oto jest, oznaczony nowym tagiem: palcem po mapie.

W ostatnim czasie zrobiliśmy sobie tygodniowy urlop i odwiedziliśmy Lublin, Nałęczów (tylko przejazdem) i Kazimierz Dolny. Na Kazimierz, w którym jadaliśmy wybornie, poświęcony zostanie osobny post. Dziś: Lublin i Nałęczów.

Stół i Wół, Lublin, ul. Bramowa 2
https://www.facebook.com/stoliwol
Chodziliśmy po Starym Mieście i nie bardzo mogliśmy się zdecydować co zjeść (pierwszego dnia trafiliśmy do miejsca, które było kompletnym niewypałem, więc nie będę Was 'raczyła' opinią). Polecana była nam Czarcia Łapa, ale ze względu na pewne ograniczenia kubków smakowych PanaMęża w końcu się na nią nie zdecydowaliśmy. Poszliśmy właśnie do Stołu i Wołu, który mieści się niedaleko Bramy Krakowskiej, naprzeciwko informacji turystycznej. W menu hamburgery, sałatki i dania z grilla. Na pewno zaskoczyła nas pozycja "Deska serów" w sekcji "Desery", ale kto wie... ;)

Z menu szybciutko wyłowiliśmy foccacię z serem i masłem czosnkowym - była dobra, ale nijak się ma do mojej ulubionej, jedzonej w jednej z podwarszawskich restauracji (o której też Wam kiedyś opowiem). No i nie do końca czuliśmy w niej masło czosnkowe, a szkoda.
 
Oprócz tego PanMąż wybrał dla siebie burgera "Jack" - za bodajże 26 zł; z sosem Jack Daniels. Burger, ze względu na sos, lekko słodkawy, wypieczony w sam raz. Dodatkowo z domowymi frytkami i sałatką colesław, czyli tak, jak najczęściej bywają podawane burgery w chyba powoli przemijających burgerowniach. W każdym razie: PanMąż był zadowolony.
 
Ja zdecydowałam się na szaszłyk z kus-kusem i sałatką z pomidorami. Dostałam danie i... oniemiałam! Porcja była og-ro-mna! Mimo, że miałam nieodzowną pomoc przy zjadaniu mięcha - i tak nie opróżniłam deski, na której danie dostałam ;) Kus-kus pyszny, chociaż bardzo żałuję, że podany na zimno - dużo lepszy byłby ciepły. Szaszłyk z boczkiem, cebulą i papryką był bardzo dobry  - najlepsze jednak z niego były kawałki mięsa - im bardziej przypieczone (przypalone?) - tym lepsze :)
 
Wnętrze? Industrialne - mi się bardzo podobało!
W dodatku - serdeczne pozdrowienia dla Pana Kelnera, który był przemiły! :)

Karczma Nałęczowska, Nałęczów, ul. Poniatowskiego 4
http://karczmanaleczowska.org/ 

Z Lublina przenosiliśmy się na parę dni do Kazimierza. Jako, że nie spieszyło nam się i mieliśmy trochę czasu - zatrzymaliśmy się na posiłek w Nałęczowie. Pogoda była koszmarna i nawet czekolada w pijalni czekolady Wedla nie poprawiła nam nastroju.
Przypadkiem zaszliśmy do Karczmy Nałęczowskiej. Jak się okazuje - swojego czasu Magda Gessler przeprowadzała w tym miejscu swoje kuchenne rewolucje (odcinek możecie znaleźć TUTAJ).
 
Ja z przystawek zrezygnowałam, choć udało mi się spróbować barszczu czerwonego, na który połasił się PanMąż. Barszcz był z uszkami i był całkiem smaczny - choć nie umywa się do barszczu z ziemniakami, który robi moja Mama :)
 
PanMąż z menu wybrał szaszłyka z Nałęczowa do Lublina z ogórkami kiszonymi i opiekanymi ziemniakami. Określa go jako "ciekawy", czyli smakował mu ;) Jedna z rzeczy, która nas zaskoczyła - sposób podania - na dużym chlebie.
Ja zdecydowałam się na rague z dzika z grzybami, który było pyszne! Trochę bałam się dzika, bo jadłam go bodajże drugi raz w życiu, ale bez wahania zdecydowałabym się zjeść go i po raz drugi. Dobrałam do nich kluseczki kładzione, które były super. Jedna rzecz, która mnie zaskoczyła to przybranie, na które składał się... arbuz.
Do posiłków mogliśmy wybrać sobie coś z barku sałatkowego, który był raczej mizerny.

I coś, co kompletnie nam nie pasowało - kelner. Kompletnie nie był w stanie doradzić, ba, nie do końca wiedział z czego się składała część dań i sałatek.


To tyle na dziś...
Byliście w którymś z tych miejsc? Planujecie być?